Ostatnio starałem się wyprzeć z siebie problemy i poudawać szczęśliwszego niż mogę być. Wmawianie sobie braku oczekiwań było stąpaniem po kruchym lodzie. Krótka rozmowa o oczekiwaniach i wszystko pieprznęło, co było do przewidzenia i musiało w końcu nastąpić. Może stało się to trochę wcześniej, kiedy śniło mi się, że zostaną astronautą, Białoruskim, ale we śnie zjawiła się pewna dama o arystokratycznych manierach i zamiast w kosmos poleciałem w jej zimne macki! Możliwe, że ujrzenie sobowtóra osoby, która wypierdoliła mnie z hukiem z grona swoich przyjaciół też dołożyło swoje. Albo może podświadomie żałuję, że wspomniałem coś o beznadziejnym przypadku pewnej osoby. W końcu musiało do mnie dotrzeć, że przyganiał kocioł garnkowi...
Z kilku rzeczy w ostatnim czasie mogę być zadowolony, a nawet dumny. Nawet mimo tego, że ściągnąłem na siebie świętą nienawiść. W końcu ileż można wkurwiania można przemilczeć?
W mojej głowie nie zabrakło też miejsca dla spontanicznych rozważań. Np. o tym co kieruje ludźmi korzystającymi z usług dziwek o wątpliwej urodzie. Ja rozumiem, że i takie muszą czasem zarobić, ale dlaczego przy drodze do Warszawy nie widziałem żadnej ładnej prostytutki? Dlaczego w Krakowie też są paskudne ulicznice? Kto mi wyjaśni czemu przestrzeń publiczna skoro musi być zaśmiecona to dlaczego, akurat przez panie do towarzystwa o najgorszej urodzie?
Lepiej siedzieć w domu, bo po jednym spacerze chce się samobójstwo popełnić!
Do dupy wszystko! Niech ktoś zbuduje łuk i mnie zastrzeli. Chciałbym sam, ale uświadomiłem sobie, że nawet człowiek tak zdolny jak ja zwyczajnie nie da sobie z tym rady. Specjaliści od dobijania mnie gdy czuje się gorzej gdzieś się zawieruszyli. Nawet na ludzi wrogo nastawionych ciężko liczyć. Takie czasy chujowe.
Nadal nie mam pewności, że trafnie postrzegam rzeczywistość. Może się okazać, że wszyscy, których hejtuje są tak naprawdę fajni, a tylko moja wewnętrzna słabość zasłoniła mi kontekst. Może się okazać,że Duch Święty, Jezus i Wszyscy Święci naprawdę są gdzieś, a ja z nich szydzę i im jest strasznie przykro z tego powodu.
Najgorsze jeśli naprawdę wyjdzie na to, iż nie jestem tym pięknym i wspaniałym. Co prawda dopuszczam do siebie taką myśli i kokieteryjnie poniżam się, tutaj, w internecie. Jednak taka prawda zabolałaby bardziej niż istnienie Ducha Świętego.
Wtedy runie moje podejście, że to inni mają mnie rzucać na kolana i wyjdzie na to, że to ja będę musiał o nich zabiegać.
KATASTROFA!!!