Passa szczęśliwych zbiegów okoliczności nie mogła trwać wiecznie. Dobrze było, beztrosko, ale można się było spodziewać, że się wszystko odmieni.
W sumie z tym szczęściem początkowo było mi trochę nieswojo, bo tak dziwnie bez kłód pod nogami co i rusz. I nawet jak sam sobie coś zawaliłem to i tak się magicznie wychodziło na dobre.
Pewnie to tylko nadmierne przemyślenia, na które mam wystarczająco czasu. Wyłączenie myślenie równa się szczęście, chyba.
Fakty są takie, że gdy człowiek nabierze pędu i zajmie się wszystkimi czekającymi obowiązkami to nie troszczy się o trupy pochowane po szafach. Trzeba uważać, bo wystarczy jedno spojrzenie i budzą się wściekłe i gotowe do podszczypywania we śnie i na jawie niestety też.
Pochorowałem się i nie mam nic do roboty. Powolne dogorywanie przed tygodniem lenistwa i wysoce prawdopodobnego umartwiania się. Z tym tygodnie to będą dwa cierpiętnicze tygodnie. Do tego jeszcze trzeźwość. Żadnego drinka przed snem. Zapowiada się paskudnie.
Chyba kiepsko mi wychodzi zamykanie moich spraw. Jest tylko kilka wyjątków potwierdzających regułę, a i tak się broniłem bardzo długo nim wreszcie wprowadziłem to w życie.
Dziś się okazuję, że znalazł się trup bardzo stary, który jakoś nigdy nie spędzał mi snu z powiek. No i bum. Smród i nic tylko się pochlastać. Nie wiem, może za mało się dzieje w moim życiu ostatnio i zacząłem tęsknić za przeszłością, która dziś wydaje się nierealna. Tam też było nudno, ale lepiej niż teraz. Tak mi się wydaje, ale pewnie uciekłbym od tego w popłochu. Biję się z myślami i nie wiem co mam ze sobą zrobić. Na dodatek nikt nie przychodzi z odsieczą (czyt. z ofertą towarzyską).
W oddali dostrzegam kolejne nie rozwiązane problemy, które wyglądają na mnie zza węgła co i rusz. Sępy krążą nade mną, a ja nie potrafię przełamać bezruchu. Wiadomo jak się to może skończyć.
Po prostu nie czuję mocy w dupie. Nie wiem gdzie się podziała. Może będzie pójść na zakupy lub do fryzjera by poprawić trochę odbicie w lustrze.
Beznadzieja człowieka bez sensu.