6 lutego 2012

Too much, too much, too much!

Od trzech tygodni mam wolne od wszystkiego. Zawsze wydawało mi się, że tydzień czy dwa to za mało by odpocząć i takie tam. Teraz marzę by wakacje się już skończyły!
Za dużo wolnego czasu nie sprzyja dobremu samopoczuciu. Chyba taki już mój urok, że nie chcę albo nie potrafię sobie znaleźć rozsądnego zajęcia. Nie robię nic konstruktywnego,a w telewizji też nie ma już ciekawych propozycji - skończył się miesiąc filmów macho na TCM. Dwa tygodnie jakoś uciekły same, bo był tenis, filmy i NHL. Był to wystarczający czas na uspokojenie rozchwianych z powodu obrony i głupoty/hipokryzji współpracownika.
Teraz znów zaczynam być wściekły. Na siebie, na rodzinę i na świat. Najchętniej wyszedłbym z domu i zapił, ale nie ma z kim, bo studenci mają sesje i udają abstynentów i zapracowanych. Zajęcia konstruktywnego nie znalazłem sobie. Co prawda miałem bogate plany, ale jakoś się rozbiły na pierwszej niedoskonałości. Poza tym nie wiem czy jest robienie czegoś czym obecnie zajmują się dzieciaki od podstawówki.
W końcu przypomniałem sobie, że porzuciłem gitarę, jakieś 2-3 lata temu, ale stwierdziłem, że to może być dobry pomysł. Struna pękła, a jest za duży mróz, żebym ruszał się do sklepu, do miasta. 
I tak zostało mi fascynowanie się życiem Keitha Richardsa i głupie rozmyślania nad własnym. To drugie psuje mi trochę humor. Bardzo dużo niewiadomych w bliskiej przyszłości, których określenie zależy niestety tylko ode mnie. Tak, każdy chce mieć wszystko pod własną kontrolą i tak dalej, ale czasem dużo więcej komfortu psychicznego ma się, kiedy Mojry grają tobą w ping-ponga. Można by sobie takie coś stworzyć samemu, trzeba tylko konsekwencji by poddać się wyrokowi rzuconej monety,a ja nie potrafię co sobie udowodniłem już jakiś czas temu. Lubię patrzeć wstecz i rozpamiętywać dawne dzieje, szczególnie moje błędy i porażki. Samobiczowanie. Obecnie uprawiam to kilkanaście godzin dziennie, siedem w dni tygodniu. To ciężka praca proszę państwa!

Wszystko co napisałem jest do przeżycia. Najgorszej jest przesiadywanie w domu i brak pomysłu na ucieczkę choć na kilka dni. A moja twierdza i samotnia przypomina ciucholand, w ktorym licho porozrzucało przypadkowe przedmioty, jest kupa książek i papierów, są różne bibeloty chomikowane latami i różne rzeczy, które przywiał do mojego pokoju chyba sam diabeł, bo nie wiem skąd i kiedy się pojawiły...
Właściwie mam dwie ścieżki. Jedną z od biurka do drzwi, a drugą z łóżka do biurka. Reszta moich dwudziestu kilku metrów kwadratowych jest zajęta. Zaprowadzenie ładu mnie oczywiście przerasta. Chyba w końcu nie będę miał wyjścia, bo co raz częściej zawadzam o coś a to stopą, a to kolanem. 
Do tego jakoś wszyscy z domowników działają mi wybitnie na nerwy. Chyba mają za dużo okazji by zatruwać mi głowę swoimi dziwnymi teoriami. Żyje w rodzinie domorosłych filozofów i wynalazców. Biedny ja nie potrafię się nauczyć, że nie należy krytykować idei, którymi się ze mną dzielą, bo to kończy się tylko tym, że jestem wrogiem publicznym.
Zauważam też stopniowe zrzucanie odpowiedzialności na mnie za różne czynności, których nikomu się nie chce robić. I tak nagle odpowiadam za trzy konta bankowe i gdy ktoś zapomni o opłacie to winny jestem ja. Świetna sprawa. Nie mam swojego konta, ale operuje trzema cudzymi.
Najlepiej żebym jeszcze utrzymywał dom w czystości, kiedy inni zajmą się robienie bałaganu i w ogóle żebym o remoncie pomyślał i zatykającej się kanalizacji. Prawie jakbym mieszkał samotnie, z różnicą, że mam czwórkę niezadowolonych nad głową. Pieprzony domowy ruch oburzonych.
Wykonywanie tych zadań nie stanowiłoby problemu, gdyby nie to, że mam zakaz robienia tego po swojemu i najczęściej muszę realizować zadania tymczasowe, które nawalają co dwa dni. Gratuluje kurwa. Fajnie się upierać przy swoim jak się nie brudzi rąk.
O przyszłości boję się myśleć. Będę musiał stanąć przed kilkoma poważnymi wyzwaniami. Temat pracy magisterskiej jeszcze niedawno wydawał mi się jasny i otwarty, ale idiotyczne puszenie się kolegi dało mi do myślenia czy to odpowiedni człowiek do współpracy. Jak przychodzi do działania to wszystko musi mieć podane na talerzu. Nie wie, nie umie, nie wiedział, nie rozumie. To jest sposób na to by zwalić robotę na drugą osobę i prowadzić spokojne życie z przerwami na poganianie i dąsanie się. A na końcu przypisać sobie wszystkie zasługi. Pierdolony bohater schizofrenik. Chciałbym kontynuować temat, ale nie z nim. Już widzę udawane zdziwienie, że nie wie o co mi chodzi. Będzie go ciężej spławić niż tępą panienkę, bo on tylko tępego udaje. Ja pierdole.
Gdyby nie był butnym kutasem to pewnie dalsza współpraca byłaby możliwa, a potem kariera i sława.
Więcej frustracji już mi nie przychodzi. Poczułem wyraźną ulgę, bo nie potrafię tego z siebie wyrzucić w rozmowie z kimś, bo szybko ucieka mi wątek albo jestem zbijany z tropu bym przestał wreszcie narzekać na swój żywot. Takie moje życie kurewskie. Następnym razem napiszę o ACTA albo o idiotyzmie motłochu w związku ze słynną sprawą Magdusi. Może nawet pokuszę się o odrobinę szaleństwa i napiszę jakąś relacje z randki jak już na jakąś wyjdę!